30 letni związek

Copy of Copy of Copy of Copy of Copy of Social Media – Untitled Design
23 stycznia 2018 roku zostanie na długo w mojej pamięci, a z pewnością na tak długo, jak będę spłacała ratę kredytu ;-). To tego właśnie dnia podpisałam akt notarialny mojego własnego mieszkania! Siedziałam przy jednym stole z moją przyjaciółką, agentką nieruchomości, notariuszem i małżeństwem, od którego nabywałam nieruchomość. Nie było już odwrotu.

Czy była to dobra decyzja? Rok wstecz w życiu nie pomyślałabym, że za rok o tej porze, będę siedziała na własnej kanapie, we własnym mieszkaniu. Po niespełna pięciu miesiącach, zdecydowanie mogę powiedzieć, że był to dobry krok i z pewnością zrobiłabym to ponownie.

Temat zakupu mieszkania powracał regularnie przy praktycznie każdym spotkaniu w rodzinnym gronie. Towarzyszyła mu zawsze moja niepewność siebie, jutra i lęk przed tak dużym zobowiązaniem.

Co sprawiło więc, że się zdecydowałam?
Wiele czynników.

W Białymstoku mieszkam od 2010 roku. Zanim kupiłam własny kąt, mieszkałam uwaga…czekajcie…liczę…w 9 mieszkaniach! (słownie: dziewięciu)! W ciągu siedmiu lat. Mam za sobą spory bagaż doświadczeń i z powodzeniem mogłabym wydać jakąś publikację na temat stancji, osób wynajmujących czy współlokatorów.

Doświadczenia, które zdobyłam w ciągu tych lat z pewnością przyczyniły się do faktu powiedzenia u notariusza prawie sakramentalnego “tak” ;-).

Prym wśród mieszkaniowych opowieści dla znajomych zdecydowanie wiódł Bogdan. Ciężko określić mi jego ówczesny wiek, ponieważ nie stronił od alkoholu, co zdecydowane wpłynęło na jego aparycję. Mieszkałyśmy w jego lokum przez rok, ja, E. oraz dziewczyna, która zaklepała pokój jeszcze przed nami. Sam lokal był bardzo fajny, na uwielbianym przeze mnie osiedlu, na którym mieszkałam od początku studiów, czyli wtedy już drugi rok.  Z przyjemnością kupiłabym te mieszkanie, co prawda wymagało odświeżenia, ale miało ogromny potencjał, dobry metraż i szeroki balkon, na którym uwielbiała się smażyć moja E.

Jaki był więc minus?

Minusem był sam Bogdan. Do dzisiaj przechodzą mnie ciarki za każdym razem, kiedy wymawiam to imię. Dlaczego? Pan B. uwielbiał pukać do nas po godzinie 22 z butelką taniego szampana za 5 zł z Biedronki, nie rozumiejąc, że nie potrzebujemy ani nie chcemy jego towarzystwa. Był nachalny i przede wszystkim nieobliczalny po alkoholu. Patrząc na całą tą sytuację z perspektywy czasu, nie wiem, jak mogłyśmy mieszkać tam aż rok! To chyba przez sympatię do samego mieszkania i niskiej ceny za wynajem… Bogdan potrafił podczas naszej obecności w mieszkaniu otworzyć drzwi swoim kompletem kluczy, wejść prosto do kuchni i zacząć sobie parzyć herbatę…lub orzec nam, że dziś śpi u nas, Z NAMI, bo pokłócił się z żoną i nie ma gdzie iść.

Spokojnie. Nie pozwoliłyśmy mu oczywiście na to, choć przyznam, nogi miałam jak z waty, bo boję się takich freaków po spożyciu alkoholu. Podobne sytuacje zdarzały się niestety często, a Bogdan potrafił przychodzić do mieszkania, nawet wtedy, kiedy wyjeżdżałyśmy do rodzinnych domów na święta. Niestety oprócz tego, że nie stronił od alkoholu, nie grzeszył także inteligencją. Nie było trzeba zastawiać specjalnych pułapek czy rozsypywać mąki na podłodze, wystarczyły pozostawione za drzwiami kapcie. Bogdan był też specem od akcji w stylu: “Przepaliła Wam się żarówka? Zaraz wykręcę jedną w piwnicy i Wam przyniosę!“. Potrafił też przynieść nam drzwi pokojowe spod śmietnika, swatać nas ze swoimi równie obleśnymi kolegami czy wyrwać deskę klozetową poprzedniej lokatorce na wieść o jej wyprowadzce. Chorych akcji nie brakowało. W końcu miarka się przebrała i do akcji wkroczyła moja Mama. Machnęła wtedy Bogdanowi odpowiednią pieczątką przed twarzą, a ten potulny jak baranek podpisał nam papierek, że możemy wymienić wkładki w drzwiach i że nie będzie nas nachodził :).

Po zakończeniu letniego semestru rozstałyśmy się z Bogdanem, a także ze współlokatorką, która była w porządku, tylko chyba trochę za spokojna do studenckiego tryby życia, który wtedy prowadziłam z moją E. Po wakacjach zamieszkałyśmy razem z moją koleżanką, którą poznałam w zespole tanecznym. Zamieszkałyśmy w totalnie innej dzielnicy Białegostoku, na piętrze jednego z bliźniaków. Mieszkanie było w mocno średnim standardzie, jednak ze względu na fakt, że średnie z nas były wtedy księżniczki, skusiłyśmy się na 80 metrów kwadratowych. Jak zwykle – minusów było sporo. Pod koniec września było tam tak zimno, że gnijąc z E. (gnić = leżeć z przyjaciółką pod kocem, najlepiej z herbatą lub jakimś tanim winem i oglądać nie wnoszące niczego do życia seriale ;P) pod kocem i oglądając Pamiętniki Wampirów słyszałam, jak szczękamy zębami. W łazience był piecyk gazowy, którego panicznie się bałam i podskakiwałam przy każdym odkręceniu ciepłej wody, na ścianach leżała niedokończona boazeria, z której z pewnością czyhały na mnie w kąpieli złowrogie pająki. Pamiętam też, że w łazience było tylko jedno gniazdko i kiedy robiłyśmy pranie, było trzeba przeskakiwać przez kabel, żeby zrobić siku :). Pralkę zresztą przywiozła nam siostra E., bo oferowali nam tylko…Franię :).

Mieszkałyśmy tam rekordowo krótko… bo dwa tygodnie. Co było tego powodem? Kiepskie warunki? Nie. Zawsze zaciskałyśmy zęby, a nawet najczarniejsze kafelki dało się wyszorować. Powodem była legendarna impreza, zwana Projektem X, ale ja tam śmiem twierdzić, że to przez niefortunne połączenie właściciela Pantofla-Maminsynka, jego znerwicowanej ex-żony, która pracowała w służbach mundurowych oraz jego matki! Mieszkanka wybuchowa. Sam Pantofel wydawał się być w porządku gościem, na ile mogłam go ocenić przez te dwa tygodnie, jednak w towarzystwie dwóch kobiet swojego życia, co tu dużo pisać, w sekundę tracił gdzieś jaja… :).

Jak na zaprawione studentki zmieniające co roku mieszkanie, postanowiłyśmy zrobić parapetówkę, a że metraż miał potencjał…zaprosiłyśmy trochę więcej ludzi :D. Tak z trzydziestu…(No co!? Fajne dziewczyny z nas, miałyśmy duże grono znajomych, z którymi uwielbiałyśmy się bawić lub gadać godzinami o sprawach ważnych i mniej ważnych :)). Standardowo, jak na imprezę przystało, kilka osób wzięło jeszcze osobę towarzyszącą i z trzydziestu osób zrobiło się około…czterdziestu.

Jako doświadczona imprezowiczka, swoim dość obiektywnym okiem, w dalszym ciągu uważam, iż była to bardzo kulturalna posiadówka (wierzcie mi na słowo – mam dość duże doświadczenie w domówkach, w końcu nie każdy ma w swoim życiorysie dziewięć stancji). Nie było głośnej muzyki, tańców, przekrzykiwania się. Dodam, że E. kończyła pracę dopiero po 22 i idąc w kierunku domu z trzeźwym umysłem, twierdziła, że nie było nas słychać. Impreza o 22:30 zmieniła trochę tor, rozległo się pukanie do drzwi. Każdy rozejrzał się po sobie, nikogo innego już chyba się nie spodziewaliśmy. Za drzwiami stała matka Pantofla. I była rozjuszona. Nie zastanawiając się długo, opróżniliśmy zamrażarkę i poszliśmy na kampus bawić się dalej.

(Myślicie, że poinformowanie właściciela mieszkania o planowanej parapetówce było złym pomysłem? Tak… dzisiaj też tak myślę 😉 ).

Następnego dnia po wielu kłótniach i zdecydowanie niestosownych epitetach w naszym kierunku, najzwyczajniej w świecie podjęłyśmy decyzję o wyprowadzce. Pantoflowi było to nie na rękę, bo szukanie lokatorów w połowie października, kiedy każdy student ma już lokum, średnio się uśmiechało… My z pewnością nie zamierzałyśmy zmienić studenckiego stylu życia :).

Przeprowadziłyśmy się sprawnie w ciągu jednego dnia, na osiedle, na którym obecnie mieszkam. W przeprowadzkach byłyśmy już doświadczone, i nie straszne było nam pakowanie. Nigdy nie patrzyłyśmy na wysokie standardy, bo wiadomo, budżety, jak na studentki przystało miałyśmy dość okrojone.

Wylądowałyśmy więc w mieszkaniu, które ze wszystkich moich dziewięciu studenckich było najbardziej gomółkowe ;). Dla wizualizacji klimatu wnętrz dodam, że moje łóżko było chowane do szafy, a nad głową miałam półkę z telewizorem, w którą nie raz uderzyłam się przy pobudce. Nie dziwcie się więc, że większość nocy w tym mieszkaniu przespałam najzwyczajniej z E. W sumie było nam to bez różnicy, często zasypiałyśmy obok siebie przy filmach lub nad książkami. Byłyśmy nierozłączne. Razem mieszkałyśmy, razem studiowałyśmy, nawet razem pracowałyśmy, razem gniłyśmy w łóżku, razem robiłyśmy projekty, razem wracałyśmy o świcie do domu, razem śmiałyśmy się i razem lamentowałyśmy nad ciężkim losem tego świata. Mogłyśmy być gdziekolwiek, byleby razem :).

Moje dotychczasowe mieszkania nie zawsze były złe, nie zawsze z pokręconymi właścicielami. Były też oczywiście fajne mieszkania, fajni współlokatorzy, fajni wynajmujący, z którymi dało się pogadać i przede wszystkim – dogadać.

Co więc sprawiło, że w końcu zdecydowałam się na własny kąt?

Z moją E. nie mieszkałam już od ponad roku, ponieważ nastał ten czas, kiedy wchodzi się na wyższy level w życiu i kiedy trzeba dać powody ku temu, aby plotki starych ciotek o naszym domniemanym związku partnerskim zostały ukrócone 😛 (to oczywiście ironia – choć wielu naszych kumpli twierdziło, że to nie możliwe, żeby dwie kobiety nie rywalizowały ze sobą i spędzały ze sobą każdą minutę życia, praktycznie się nie kłócąc ;P). Zamieszkałyśmy z naszymi chłopakami. Chłopak E. zamienił się w narzeczonego E., a mój…mój przeszedł do historii 😉

Tak. Największym kopem do działania był fakt, że zostałam…sama :).

Ostatnie mieszkanie wydawało mi się już dziwne obce, a z drugiej strony przyciągało wspomnienia. Ze względu na mój wiek i tryb życia nie chciałam mieszkać już ze studentami, a miesięczne opłaty za całe mieszkanie odchudziły mój portfel. Niech Was pozory nie zmylą – dalej regularnie imprezuję, w jednym z białostockich klubów powinnam mieć wykupiony karnet ;). Po prostu nie wyobrażam sobie mieszkania z totalnie obcą osobą.

Formalności dotyczące kupna mieszkania poszły dość szybko. Znalazłam świetną agentkę nieruchomości oraz doradcę finansowego. Dziś z uśmiechem przyznaję przed sobą, że to była druga, najlepsza decyzja jaką podjęłam pod koniec roku 2017. ( Pierwszej Wam nie zdradzę 😉 ).

Czy miałam momenty zwątpienia?

Oczywiście, że tak! Potrafiłam stać nocą w oknie i zalewać się łzami jak bóbr i wyć do księżyca, myśląc jednocześnie, o tym, co ja najlepszego zrobiłam.

Bezzwrotny zadatek wpłacony, umowa najmu mieszkania wypowiedziana, kredyt wzięty, tyle rodziny i przyjaciół zaangażowanych.

A może było trzeba sprzedać wszystko i kupić bilet w jedną stronę na Bali?

Bilet na Bali z pewnością kiedyś sobie sprezentuję, a tego mieszkania zdecydowanie nie będę traktowała jak kuli u nogi.

To tylko kolejny etap w moim życiu. Bardzo przyjemny. Taki, kiedy w końcu możesz wybrać glazurę do swojej wymarzonej łazienki, wbić przysłowiowego gwoździa w ścianę czy kupić sobie milion roślinek doniczkowych, które nie będą musiały przeżywać corocznej przeprowadzki.

Każdego ranka budzi mnie cudowne słońce, wpadające przez okna mojej sypialni, wieczorami zaś, mam doskonały widok z czwartego piętra na najpiękniejsze zachody słońca. Z mojego balkonu widać wieże pobliskich kościołów i cerkwi, które uwielbiam. Pod balkonem wczesną wiosną kwitną drzewa owocowe, od drugiej strony mam przepiękne drzewa, w tym moje ulubione, płaczące odmiany wierzby oraz brzozy. W piątki wieczorami słychać gwar młodzieży bawiącej się przy głośnej muzyce w pobliskim domu osiedlowym, a w niedzielę, z tego samego budynku dochodzą do mojego mieszkania odgłosy pięknych śpiewów z jakiejś, chyba protestanckiej, mszy.

Jest bosko. Jest swojo.

Jakie to uczucie mieć własne mieszkanie w kredycie?
Najlepsze na świecie :)!

A jak jest z Wami? Może ktoś z Was też miał ciekawe doświadczenia wynajmując mieszkanie?
A może jesteście równie szczęśliwymi posiadaczami własnego M?
Dajcie znać!

Jedyny słuszny kawałek na zakończenie. Play.

Całusy,

M.

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *